GlamGlow, Tingling & Exfoliating Mud Mask / recenzja

"Hollywoodski sekret piękna", czy nie brzmi to pociągająco? Cóż dla mnie brzmiało na tyle, że wydałam nie małą sumę pieniędzy...


"Hollywoodski sekret piękna", czy nie brzmi to pociągająco? Cóż dla mnie brzmiało na tyle, że wydałam nie małą sumę pieniędzy i kupiłam maskę GlamGlow Tingling & Exfoliating Mud Mask, by sprawdzić na sobie, co o pielęgnacji wiedzą za oceanem, a czego nie wiem ja i co właściwie to znaczy. Dziś przychodzę by podzielić się z Wami tym, co ukryte jest za tym dumnie brzmiącym hasłem. 

Co to za produkt, jakie ma zadnie?
Czarna maska GlamGlow (bo maseczki tej firmy, często są rozróżniane według kolorów), ma trzy główne zadania; dzięki zawartemu TEAOXI, działa przeciwstawnio, pobudzając produkcję kolagenu. Minimalizuje widoczność porów, dzięki glince francuskiej; oraz dzięki skale wulkanicznej złuszcza naskórek, przez co skóra staje się miękka i wygładzona. Wszystko to świadczy raczej o tym, że jest bardziej przeznaczana dla grupy kobiet u których pojawiają się pierwsze zmarszczki, ja jako 23 latka wchodzę powoli w ten wiek, gdy powinna już co najmniej myśleć nad tym jak przeciwdziałać, a nie później leczyć; uznałam więc, że maska stosowana raz w tygodniu będzie idealnym wstępem ku temu i wspomnianym zabezpieczeniem. 


Cena, dostępność i gramatura:
Produkt zakupiłam online, w promocji Douglas Box of Beauty, za 199zł, dodatkowo otrzymałam kilka miniatur, w tym inną maskę GlamGlow Thirstymud Hydrating Treatment. Regularna cena każdej maski tej marki to 229zł za 50g, lub w przypadku białej 30g. Dostępna w znanych perfumeriach.


Opakowanie i zapach:
Maska zamknięta jest w ciężkim czarno-srebnym słoiczku, bardzo ładnie się prezentującym. Wszytko jest solidne, nakrętka dobrze 'siedzi"; zawartość jest dobrze chroniona. I ten zapach, uwielbiam to jak pachnie; zapach ten przypomina mi to jak pachniały kosmetyki Herbina, które są już niedostępne, a do których mam sentyment, bo wieki temu wygrałam je w konkursie smsowym, w jednym z magazynów dla nastolatek :) Nie czułam ich przez tę parę lat, ale tylko gdy otworzyłam tę maskę wspomnienia odżyły. 

Konsystencja i wydajność:
Maska wygląda trochę jak błoto, a może tak właśnie wygląda upłynniona skała wulkaniczna? W masie znajdują się twardsze cząstki, które przy zmywaniu dodatkowo masują nasza skórę (ja zmywam ją rękoma, a a pozostałość ścieram chusteczką bawełnianą Tami). Konstancje też jest błotna, czyli gęsta i zbita. Maska jest dość wydajna, stosowana cienką warstwą dwa razy w miesiącu, przy okazji jakiś walniejszych okazji - wystarczyła mi na prawie 6 miesięcy. Termin przydatności to 9.


Działanie:
Sam proces nakładania i odczekiwanie do zaschnięcia maski jest mało przyjemny, maska zastygając wywołuje czasem dyskomfort: piecze lub bardzo ściąga - jednak po jej zmyciu cera nie jest podrażniona, czy nawet zaczerwieniona, a pamiętajcie, że ja mam cerę naczynkową i do tego bardzo delikatną. Pomagałam sobie wodą termalną, którą spryskiwałam twarz, gdy uczucie stawało się nieprzyjemne. Moja buzia po każdorazowym zastosowaniu, wyglądała genialnie - była gładka, promienna, ściągniętą, sprężystą, naprawdę było widać efekty i robiło to wrażenie. Niestety efekt jest krotko trwały. I już następnego dnia nie olśniewała, dlatego stosowałam ja tylko przed "ważniejszymi" wyjściami lub przy specjalnych okazjach; ale tylko przed sama " okazją" w najbliżej możliwym czasie, taktowałam jako produkt uderzeniowy i tak sprawdzała się doskonale. Makijaż nałożony na buzie po jej użyciu, prezentował się nienagannie. 

Podsumowanie:
Gdyby było mnie stać na używanie tej maski niejednokrotnie w ciągu tygodnia, pewnie nie zrezygnowałabym z jej dobrodziejstw, bo naprawdę cudownie wpływa na cerę, ale nie ma tak dobrze i wydawanie, co miesiąc ponad 200zł na maskę jest dla mnie nieosiągalne (w końcu ciągle studiuje;p, a mama uznałaby to za fanaberie). Jako produkt stosowany przy specjalnych okazjach, sprawdza się również perfekcyjnie. Takie zastosowanie jej przyjęłam, jednak czy wrócę do nie? Powiem tak:  jeśli jeśli nie możemy sobie pozwolić na nią gdyż jest po prostu za droga, to szczerze mówiąc nie ma powodowa by oszczędzać na nią miesiącami, bo podobny efekt można osiągnąć innymi maskami. Maska w ciągu 20 minut napina skórę, dodaje jej blasku, sprawia że wyglądamy na wypoczęte i zdrowiej; jednak nie ma to wpływu na trwalszą pielęgnacje naszej cery; owszem buzia jest po niej oczyszczona, ale to efekt na dwa, trzy dni, a chyba po maseczce za ponad 200zł można spodziewać się więcej. Czytałam, że wiele osób poleca stosowanie jej w zestawie z biała i niebieska siostra; miałam szczęście i ozywałam jej z Thirstymud Hydrating Treatment; owszem wówczas cera była jeszcze nawilżona, dzięki temu wyglądała jeszcze promienniej. Niebieska maska faktycznie dodaje skórze dawkę energii i blasku, aż skóra mieni się w słońcu - tak samo jak w przypadku opisywanej maski, jest to efekt krótkotrwały. Z jednej strony jestem oczarowana efektem z drugiej liczyłam na to, że efekt wow będzie trwalszy. Powiem szczerze, gdybym mogła stosowałabym ją, na razie jest po z moim zasięgiem i wolę taką kwotę przeznaczyć na inne produkty, które stosuje nie tylko od "święta".

Jeśli miałyście styczność z GlamGlow, jestem bardzo ciekawa Waszych opinii; oczywiście jeśli chcecie polecić mi jakieś inne maseczki będę bardzo wdzięczna :)



pozdrawiam Weemini!


 ↓↓ OBSERWUJ BLOGA, JEŚLI CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO Z POSTAMI ↓↓

PODOBNE POSTY

10 komentarze

  1. Oj cena straszna, chyba nie skusilabym się na tak droga maskę choć prezentuje się fajnie :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawa jestem jak spisałaby się na mojej skórze i czy efekty byłyby zadowalające.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego niestety nigdy na pewno nie wiadomo do czasu, aż się nie spróbuje

      Usuń
  3. No, no... Niestety muszę przyznać, że cena skutecznie mnie odstrasza...

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdybym najpierw dostala probke, to moglabym ryzykowac :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O próbki niestety ciężko, a na allegro kosztują nawet 45zł ;p

      Usuń

@weemini